jak mnie nie było to mnie nie było ... a tu proszę jaki nagle urodzaj :) ...
obiecałam sobie i poniekąd Basi dogonić swój czas na swoim blogu ... mam milion zaległych postów ale jestem dobrej myśli ... i żeby nie zapadać się w większe zaległości aktualny i bardzo miły weekend ...
w piątek przesympatyczny popołudniowy reset z Anulą i Pawłem ... wieczór śmiechu ... rozmów i makowca :) ... wieczór mający tylko jedną wadę ... zbyt szybko się kończy ... dlaczego wszystko co fajne mija nie wiadomo kiedy ... hmmm ... no tak jak mój urlop ... dałabym głowę, że wtorku .. środy i czwartku to nie było wcale ... nie zauważyłam w każdym razie :) ... Anula z Pawłem odjechała ... wcześniej przeczołgawszy swe mięsnie na świętokrzyskich stokach a ze mną zamieszkała Maja Popielarska ... mam książkę Mai z dedykacją ... wow !!! :) ... Anulka dziękuję :)
to skutek uboczny ... i pozytywny - bo z reguły związek tych dwóch słów ma nie wiedzieć czemu negatywne skojarzenia ;) ... wczorajszego spotkania "na szczycie" :) ... Basia i Larry pozdrawiam :) ...
sobota mija leniwie ... wspólne śniadanie a potem każdy ewakuuje się do swojego małego świata ... taki czas jest nam bardzo potrzebny ... w takim czasie niby jesteśmy razem a jednak zakopujemy się w swoich pasjach i realizacjach ... ja porządkuję foldery ze zdjęciami ... przechodzę przez aramgedon misz maszu by harmonię osiągnąć ... za to żon pławi się w harmonii misz maszem modelarstwa zajmując ... szanuje tę skłonnność do egzaltacji ;) u zona bo pojąć nie mogę jak można się uspokajać i relaksować wiążąc mikro nitki na wzór lin okrętowych i to pół dnia ... nie komentuje ! :) ... żeby n ie było podziwiam :) ...
i gdy wieczorem ma do mety nas Nicolas Cage i Sean Connery doprowadzić ... energicznie inaczej ;) ... bo ekranowo i kanapowo :) ... zza oceanu plum zadźwięczało i "masz wiadomość" zmieniło plan ... zostawiamy "Twierdzę" i mamy prywatkę on-line po amerykańsku ... dawno się tak nie uśmiałam :))) ... to musi się powtarzać bo choć kawę robiłam o 23 :)))!!! ... żeby się razem napić z tymi po drugiej stronie monitora to co to była za kawa :) !!! ...
bycie z ludźmi jest takie fajne ... i każdy sposób na celebrowane takich chwil jest dobry :) ... najważniejsze by chcieć i by mieć taki czas :) ... zaplanowany czy spontaniczny ... wszystko jedno ... byle nie zapomnieć i w szybko mijających dniach chcieć się zatrzymać i pobyć z ludźmi :) ...
porządki w folderach ze zdjęciami i mocne postanowienie wyjścia na prostą w zapisach z życia na blogu poza pracowitą ... za to jak przyjemnie pracowitą !!! niedzielą :) ... (czego to ja dziś ponownie nie przezywam ... o lalala) ... w każdym razie te porządki sprawiły, że postanowiłam robić "zajawki" ... takie mikro retrospekcje z przeżytych chwil i zatrzymanych w kadrze obrazów ...
dlatego choć o Czarnej Górze i Wilkanowie ... o tych kilku dniach przygody i wspaniałych ludziach z którymi tę przygodę dane mi było przeżyć :) jeszcze będzie :) i to nie jeden post dziś kilka krajobrazów złapanych w kadr ... na szybko ... w biegu ... by nie zapomnieć ...
i własnie by móc wrócić i sobie przypomnieć wrzucam ...
miało być na bieżąco ... chciałam dobrze - wyszło jak zawsze ... nie ma co siem krygować ... bez bicia się przyznaję, że mam tyły w wydarzeniach a co dopiero o przemyśleniach powiedzieć ... ale nie ma co żałować róż gdy płoną lasy jak to mówią ... przemyślenia się doszlifuje ... zaktualizuję wydarzenia ... i na pierwszy ogień Czarna Góra i jak wrócić do bycia dziewczynką :) ..
od czego zacząć ? :):):) ... od początku najlepiej ... i tu mam dylemat zaiste poważny niczym ten zawstydzający naukowców od stuleci ... "co było pierwsze jajko czy kura?" ... nie mamy stuleci ... za kilka godzin ja mam być fliczna ... domek przytulny ... makowiec na stole bo goście jadą :) ...
zatem pierwszy był chyba dnia letniego onegdaj zachwyt bukszpanowymi rabatami w ogrodzie Dany... potem było szwędanie po innych ogorodach i kopiowanie do folderów pomysłów na nasadzenia ... wreszcie z tych rabat wyskoczyły ogrodniczki i połączone pasją i fantazją stworzyły silną grupę pod wezwaniem :) ... tak ... przyjaźnie wsparte charyzmą tworzyć się potrafią wszędzie ...
ogrodniczki i ogrody wyrywają się spod macek on-line i zaczyna się szwędactwo ogrodowe ... spotkania ... wiankowanie wespół ... coraz większa realna frajda ...i coraz bardziej zbliżające się widmo zimy ...
już we wrześniu Madżenka jeszcze z rabaty ogłasza zatem pospolite ruszenie na stoki ... chwila i padło na Czarną Górę ... potem przez kolejne miesiące trawa oczekiwanie i przed godziną zero krystalizuje się skład ... dziewczyny jadą z Polski ... na północy Gabi zrywa z kartuskich krzaczków aronię ... i ten wielowitaminowy dar ziemi ku pokrzepieniu zmarzniętej cielesności w nalewkę miesiącami zamienia :) ...
na południu Ania oplata sobie syna i żona wokół palca i Kazek pucuje bumek a Maciek znów z pokorą godzi się być naszym kierowcą ;) ... Anka pakuje grupę południową do vana i wesoły autobus startuje w Rzeszowie (ze mną bo ja jakby po drodze mam Rzeszów na trasie Kielce - Bystrzyca Kłodzka ... bez komentarzy poproszę ;) ) ... gdy grupa południowa wraz z silnym wsparciem północy szykuje się do drogi tubylcy ważą cytrynówkę ... rąbią drwa ... bigos nabiera mocy ... stok się naśnieża ...
bendom narty (stąd te moje sylwestrowe wysiłki ) i ognicho będzie ... bowiem tam na Ziemi Kłodzkiej sforę postanawia ugościć Ewa i Ta (skrót od Tadeusz) ... gospodarzePszczelarni...
wieczorem ... późnym wieczorem w czwartek odpalantowany van w składzie zacnym ze szczebiotem a jakże :) rusza ... Kazek zamyka za nami furtkę i daję głowę współczuje Czarnej Górze a sobie winszuje spokoju ... ha ... nic bardziej mylnego ... po paru kilometrach bumek stawia opór i cała wyprawa staje pod znakiem zapytania ... dzwonimy do Kazka ... ten wsłuchawszy się w jazgot proponuje zatankować !!! ... taaak ... rozwiązania najprostsze są najlepsze ... fakt ... pomaga :) ... jedziemy dalej ...
dalej jest śnieżyca roku - co się dziwić wszystkie czarownice zamawiały śnieg to jest !!! :) ... nad ranem docieramy pilotowani na ostatnim odcinku przez aborygenkę Finkę ... i pod stopami Czarnej Góry pierwszy łyk zimy i ...
podział na grupy ... ja z moimi umiejętnościami a konkretnie ich brakiem udaję się w kierunku uroczego domku z bali i tam lokuję się przy kominku ... żeby nie napisać w kominku i degustując cudnego smaku oscypek z żurawiną zamawiam trzecią czekoladę na gorąco zupełnie bezstresowo ... przecież na nartach jestem ... no nie mogę przytyć ... prawda ?:) ... :) ... ;) ...
reszta przeciera szlaki ... upijając się śniegiem ... stokiem i wiatrem na kaskach ... do upadłego :) ...
w końcu ... nie czekając aż właściciel knajpy pensję mi wypłaci ... bo tyle tam siedzę, że na wypłatę niebawem zasłużę ... dopijam boskiego nektaru i szoruje pod górę ... sky grupa szusuje na dół i znów w starym dobrym vanie zmierzamy do Pszczelarni :) ...
musi być w odcinkach bo tyle na palce się ciśnie a czas goni ...
cdn ...
tymczasem miłej niedzieli :) ...
życzę Wszystkim odwiedzającym :) i mocno ściskam grupę pod Czarną Górą :)
ps. zdjęcia robiła oczywiście część grupy ze stoku :) ... za co buziam zmarznięte łapki :)
tę ostatnią noc roku każdy chce spędzić jakoś ... najlepiej jakoś specjalnie :) ... myliłam się jednak myśląc, że w Nowy Rok trzeba wejść tanecznym krokiem ... można jodełką - hamując pługiem albo z fantazją zjechać na krechę oby nie zakończoną dupnięciem … ten rok (nie ubliżając mu mógłby być lepszy)... zakończyłam na stoku ... no dobra na oślej łączce raczej :) ale stok widziałam :) ... i bardzo polecam ... na głowie kask zamiast kolafiury ... ciepłe gatki zamiast kiecuni ... dechy zamiast szpilek ... i uśmiech połączony z wolnością ... ehhhh ... ale zanim do uśmiechu doszłam było tak ... :) ...
O nartach marzyłam od zawsze … i od zawsze mi było do nich nie po drodze … gdziekolwiek się na amatorów nart nie spojrzy … to takie toto zadowolone … uśmiechnięte … może cokolwiek dziwnie chodzą ale coś w tym jest ... co ??? ...
marzenie i wyzwanie :) ... som oba ... i powiem tylko spełniać sobie takie marzenia jest wyzwaniem ... w moim wypadku wyzwanie stało przede mną i to wiedzieliśmy i wielkie wyzwanie stało przed nimi ... przyjaciółmi i instruktorami zarazem ale to wiedziałam tylko ja ;) ... bo gdyby Oni choć troszeczku podejrzewali nauk by nie było ...
przed godziną zero ... gdy z parkingu widać już narciarzy ja "bojam się" ... wysiadłam z auta bo wiedziałam, że i tak mnie wywleką ... wcisnęłam się w botki o elastyczności skały i wadze betonowego słupa i z takąż gracją ... słupa znaczy dotarłam na stok ... zwany przez taszczących mnie oprawców "polanką" ... tam stwierdzam: siła grawitacji nie działa ... a zapewniam należę do ciał obdarzonych masą ( z czego ostatnie 300 dkg to świąteczny makowiec;) ) ... że też wielki Newton tak się mógł walnąć ;) ... polemizować jednak nie było mi dane ... ani w myślach z ikoną nauki ścisłej ani z Maćkiem pod tzw "wyrwirączką" ... miała mnie uczyć Ania ale pierwszy rzut oka na półtora metra sparaliżowanej strachem kupy nieszczęścia i oddała mnie ... może też miała złość na Macieja ;) w końcu som parą :):):) ... jeżeli tak ... to lepiej mu dowalić nie mogła :) ...
Litości nie było … wyrwirączka i wjeżdżamy … ale to jeszcze nic bo jak wjechaliśmy to trzeba było zjechać i to o dziwo narty robiły same … cały kunszt polegał na tym aby te cholery zatrzymać … i wówczas okazała się rzecz straszna … mój dyżurny neuron albo bo nastawiony na frajdę albo z paniki (jedno z dwojga) działał w totalnie ślimaczym tempie … zdecydowanie szybciej narty nabierały prędkości … a jeszcze szybciej ja nabierałam przekonania, że nie dla mnie ten pikny bo pikny ale trudny sport …
utrzymać się na dechach … pamiętać o postawie bo to wypięcie kojarzone z sylwetką turysty w tunezyjskiej wygódce to postawa … jechać i to skręcając bo nie napiszę „robiąc zakosy” poprzez przenoszenie ciężaru ciała z jednej strony na drugą i wyważyć prędkość hamując to wszystko musi jeden neuron ogarnąć i to w ułamkach sekund … mój nie ogarniał …
dnia następnego ... bo był dzień następny ciągniona niczem zbuntowany osiołek ... nie wiedzieć czemu zaczynam "to czuć" ... do bycia "narciarkom" to mam milę jeszcze ale "wyrwirączka" jest mój !!! ... oślą górkę pokonuję w pięknym stylu pokurcza ale pokonuję ... ba ... parkuję tam gdzie ja "kce" a nie tam gdzie chcą narty ... to wielki krok człowieka na śniegu :) ...
i wszystko byłoby dobrze gdyby nie plan ... znowu ;) ... moje instruktorki (bo drugiego dnia zostali przy mnie najwytrwalsi tylko) na końcu listy mają "Iza pokonuje orczyk" ... i pokonałam ... wjechałam na samiuśką górę ... tam dumna ze mnie Tereska chwali mnie, że aż rosnę ... leżąc rosnę ;) bo w.... siem na koniec tego orczykowania ... jak już mnie spionizowały, żebym sobie za złe nie miała zachwycają siem obie jak to na narty uważałam i ich nie skrzyżowałam ... haaaaa ... zwariowały ...
nie uważałam !!! ... nie mogłam bo w PRZEPAŚĆ !!! patrzyłam ...
tego samego dnia wieczorem dowiaduję się, że o "tej przepaści" mówiłam do kobiet , które tatrzańskie zerwy traktowały jak Krupówki ... kobiet, które w czasie apogeum osiągnięć związanych z uklasycznianiem wielkich dróg tatrzańskich jako jedne z pierwszych w tandemach żeńskich przeszły Kant Filara (aućk) i Epitafium (aućk) ... i ja im o przepaści byłam uprzejma mówić ... aućk tym razem ze wstydem ...
tajemnicą pozostaje dla mnie:
* jakim cudem w tyyych !!! butach chodziłam ... a chodziłam ...
* jakim cudem je uniosłam ... bo jak je zdjęłam to nie byłam w stanie donieść ich do samochodu
* jakim cudem Maciek mnie nie zatłukł tam na stoku (bo to stok był chyba )
* wreszcie jakim cudem Ania nie zostawiła mnie tam ... żebym skruszała ...
do pozy jaką polecono mi w tyyych butach przybrać ... pozy, która kojarzy mi siem nieodmiennie z nobliwymi starterami w tunezyjskiej wygódce ... do tej pozy nabieram szacunku i wprawy choć to bardzo mocno naciągane określenie
i choć nie byłam w stanie uwierzyć, że jeden człowiek może na tych deskach stać ... ba nawet jechać i nie zabić się ... albo przynajmniej nabyć trwałego kalectwa ... że nie jest możliwe aby jeden neuron opanował technikę i przekazał od głowy do nóg ... a kątem oka jeszcze uważał na to co wokół ... choć pojęcie i praktykowanie wydawało się mniej realne niż fatamorgana ... to życie zaskoczyło po raz kolejny i stało się ...
niemożliwe okazało się możliwe ...
tylko ... no właśnie 6 dni później ... mój instruktor ... zobaczcie sami ... był tam ...
i tylko sobie zadaję pytanie ... to była pasja czy zapominanie :):):))))))) ...
co do mnie to takie wejście w Nowy Rok polecam i zapytuje jedną Baśkę ... rezerwować debiut Anno Domini 2014 w takich okolicznościach u Ani ??? :) ... hmmmm ... ??? ... :) ...