… listopad … albo i nie listopad … w każdym razie z taką anomalią rzeknę pogodową jak mamy od paru dni zwłaszcza na południu to ja listopada nie pamiętam … ten zapamiętam z kilku powodów, … bo jest ślicznie słoneczny, … bo mam spóźnione wakacje i to poprzednie " bo” idealnie się wkomponowało w moje potrzeby, … bo wcześniej wymienione po złożeniu do kupy dają "mnie w skowronkach" … to listopadowe ładowanie baterii to coś, co polecam i chyba jak się uda powtórzę …
...bez bicia przyznaję, że na hasło „wyjeżdżamy w listopadzie” popukałam się w czoło … nawet chyba palnęłam mniej lub bardziej oskarżycielską mowę w kierunku pomysłodawcy i realizatora (to nie pora na wyjazd, … co ja w deszczu będę w wypierdkowie robić … zamiast dom na święta szykować … a kuchnie trzeba kolorystycznie zrewolucjonizować a nie … itd.) … teraz, co z pokorą ogłaszam odszczekuję każdy zarzut …
… gdzieś zostawiłam balast końca roku … nawet ten pęcherzyk tak mocno dokuczający moim gustom kulinarnym przestał mnie dołować … realizowanie diety ma swoje dobre strony zwłaszcza w połączeniu ze spacerami … hm smukła się cuś robię … nie powiem … rubasznie panoszący się na mężowskim talerzyku kotlecik na migdałach spowodował nostalgię, ale bez szaleństwa :) … dałam radę … nie zabrałam i nie uciekłam ze zdobyczą … mniej rozsądnie myślę mijając oscypki z grila a w okolicy pijalni czekolady chętnie bym złamała zasady ...
… dziś przy kilkunastostopniowej łaskawości aury zrobiliśmy mały krok parę epok wstecz, bo spacerując po Bardejov’skim rynku … wśród tych kamieniczek okalających rynek i zamykającej go Bazyliki św. Egidia … z ratuszem pośrodku wchodzi się w atmosferę średniowiecza … czuje się dziedzictwo przodków i starania współczesnych, aby to, co się da zachować a nowe wkomponować z klasą :) …
… w tym to malowniczym zakątku Słowacji łączy się historia z potrzebami obecnego nowoczesnego świata i potrzebami człowieka … a ja cieszę się, że mam tę chwilę na to, aby popatrzeć … zatrzymać się przy budowli … złapać w kadr wiekowe kamieniczki na tle gałęzi … słowem mam mega radochę z tego, że mam czas na tzw. pierdoły … złapałam sporo tych kadrów i będą kolejne odsłony listopadowych obrazów … tych ze zdobywania kilkakrotnego Góry Parkowej … tych z Jaworzyny … tych z murami tak leciwie zmurszałymi w pierzynce z mchu … tych z prastarego zamku, … bo jakiś czas zamierzam z tych bateryjek energii korzystać … :)
... nie wiem jakim cudem ale wpadłam na jakiś czarny szkak ... jeszcze nie tak dawno pisałam o tarpających mną a raczej mymi emocjami hormonach a teraz jeszcze doszło to "coś" ... "on" pojawił się w nocy z piątku na sobotę ... myślałam, że nieproszony a jednak zaproszenie wysłałam ozdobione pieknie dwoma czekoladkami ... czerwonym akcentem pomidorka i zielonym sałaty prosto z chemicznego pola ... a na to wszystko mały pieczony kurczak ... po tym zdawałoby się niewinnym (i przy tym bedę się upierać ) menu (zapomniałabym jeszcze jakiś niedogrzany krupnik w biegu pochłonięty ... no niedogrzany bo mikrofale były uprzejme tylko miseczkę podgrzać ... zawartości już nie) ... w każdym razie Pan Ból Pana Pęcherzyka wpadł na małą wizytę ... teraz mam bardzo proste menu ... ryżanka ... Gastrosan i parowanie :) ... bowiem cokolwiek gotuje ... gotuje na parze ... i w ten oto magicznie zwyczajny sposób me życie konsumpcyjne nabrało innego smaku :) ... to co Pan Pęcherzyk pozostawił w mej pamięci zdecydowanie nie może się powtórzyć ... o nie ... dlatego przespacerowałam sie do tzw "rejonu" celem uzyskania porady lekarskiej ... schody zaczęły się przy okienku rejestracji ... wróć do okienka to było daleko ale zauważyłam, że pani częściej chyba rozmawia z dzwoniącymi ... szczęśliwie numer do pani miałam zapisany zatem "memory 6" i dodzwoniłam siem a oto jak przebiegała rozmowa ...
- dzień dobry ... chciałabym się zarejstrować .. - mówi jak się nazywa i gdzie mieszka ... - zatkało mnie ale mówię - XY tu i tam - czeka ... to czekam ... i słyszę ... - rano chce czy popołudniu ... - rano ..jeż... ale nie dane mi było dokończyć .... - 8.45 przyjdzie gabinet 11 ...
jak kończyłam to pan za mną już z komóra na dłoni scenicznym szeptem zarządził "pani ...dawaj pani ten numer" ...dialog dość orginalny ale wizyta umówiona ... i tak przeszłam na drugą stronę mocy i stałam się świadczeniobiorcą ... w stosunku do którego ustalono że :
NIE WOLNO NAM LUDZIOM JESĆ PIECZONEGO I SMAŻONEGO
TRZEBA O TYM PAMIĘTAĆ
NIC ONA DR ZNACZY NIE WIDZI
... no i dobrze do lekarza szłam nie do medium ... diagnostyki oczekiwałam tj połączenia nauki ... doświadczenia z wynikami badań biochemicznych i obrazowych ... bo nie przekonuje mnie macanie brzucha ... biochemii się doczekałam ale obrazowe to już muszę sobie sama zafundować bo pewna ważna instytucja przecież nie może ponosic kosztów obrazowania skutków mojego pieczonego kurczaka ... na dalszą drogę potrzebuję siły wodza i niech moc będzie ze mną ...
... a biochemie skoro "ona nic nie widzi" i dostałam i tak "na wyrost" to zrobie po przyjeździe ... pani doktor dała mi 2 karteczki ... na jednej to co jadłam do tej pory i gdy ja zaczęłam się zastanawiać skąd oni to mają już takie wydrukowane ... śledzona jestem czy jak ? ... okazało się że to ..."TO"... czego mi jeść nie wolno !!! ... hm ... na drugiej było to czego prawie nie znam, a co poznam .... i jakimś cudem pokochać muszę ... mam nadzieję, że to do jakiegoś opanowania i konsensusu uda się doprowadzić bo ja bez rosołku egzystencji nie pojmuję ...
... cała ta afera z niecnym zachowaniem tego czegoś we mnie jak to afera zupełnie w nieodpowiednim momencie wylazła bo tuż przed moim małym oddechem w perełce naszych gór Krynicą zwanym ... tak czy siak rozkoszy ducha i podniebienia w "Węgierskiej Koronie" sobie nie odpuszczę ... i w co mocno wierzę stare zdjęcia i dobry jazz doprawią mi kisielek jak barszcz ukraiński :) ... wierzę też, że pogoda utrzyma się i takie słoneczko jak dziś pozwoli mi cieszyć się spacerkami ... miedzy innymi po Bardejovskim rynku, który zachował do dziś średniowieczne budowle ... Nieletnia bardzo kibicuje bo ma pracę jakąś popełnić o średniowieczu i mnie tam widzi w roli reportera ... że ona niby Naczelny w takim razie ... jak wypłacalna jest tylko na mocy naszego kieszonkowego to na bogato nie będzie ... ma się to szczęście do mało intratnych posad ... no i jeszcze cerkwie łemkowskie ... od czasu kiedy wiem, że Warhol i jego dzieła to z genezy łemkowskie to bardzo chętnie się powłóczę nawet w deszczu ...
... budżet na rekreację uszczupliłam bo Vox kazał ... no kazał kupić latarenki cynowe podając je w takiej przecenie, że nie kupić nie dało rady ... a dodam, że blisko rok patrzyłam na nie z uwielbieniem i tęsknotą ... są idealne do mojej wizji kuchni ... i bliźniaczo podobne do tych które istnieją w konkretnym domku ... mojej mega inspiracji kuchennej ... i jeszcze jakby do kompletu taki mały grzeszek ...
... o kuchennych inspiracjach już kiedyś wspominałam i muszę sobie o nich wszystko poukładać i napisać ... ale zanim o kuchni będzie winna jestem parę fotek z wiatrołapu ... jeszcze brakuje mi 3 głównych detali ale coś tam widać ... teraz już wchodząc mamy zapowiedź charakteru domku ... choć w rzeczonym domku jeszcze wiele trzeba zrobić ale pani inwestorce ... znaczy się "moi" też dobrze zrobi jak każdego dnia utrwali sobie "do czego to my dążymy Izabel" :) ...
... uchwyty się robią ... i mała zazdrostka do wnęki również ... lustro i wieszaczek na drodze bliskiej finałowi ... parasolnik w sferze pomysłu lub marzeń biorąc pod uwagę ten wypatrzony a nieosiągalny cenowo :) ... i zawieszki ...
a to jeszcze dla jednego niegrzecznego Adasia ... tak kochanie zakwitł ... nie wiem czemu ten Twój hibiskus nam zakwitł po 2 miesiącach od zrzucenia kwiatów ale kolejne pomarańczowe paskudztwa w drodze ...
… ten tydzień nie wyszedł panu miesiącowi … dobrze, że i tydzień i miesiąc się kończy … może i skończy się moja łatwość w unieszczęśliwianiu samej siebie … no może nie dokładnie samej, bo moim zdaniem to świat wokół mnie był bardzo pomocny, … ale tak czy inaczej tupnąwszy nóżką … cóż, że leciwą, ale to malutkie, 36 zatem przy określeniu nóżka będę się upierać :) … mówię dość … moich zmagań z codziennymi zmorami nie będę opisywać, bo nie warte są tego owe zmory... czyjeś głupie „jestem na nie” opanowało mnie i miałam to, co mieć chciałam … samą siebie na nie i nie wiem jak innym, ale sobie zepsułam tym parę dni … zupełnie niepotrzebnie a wszystko, dlatego, że zapomniałam o tym, czemu miałam być wierna i dałam się porwać fali nic nie chcenia … miałam pamiętać, że każdy dzień jest po to, aby się nim cieszyć … skoro trzeba coś zrobić to zrobić to można z uśmiechem będzie łatwiej a nie z poczuciem ogromnej krzywdy, bo łatwiej nie będzie … za to będzie okropnie … i było tak okropnie beznadziejnie, bo zwykła rzecz w wyimaginowanym poczuciu niesprawiedliwości społecznej przybrała postać szykan … z perspektywy czasu … szykan nie stwierdzam … po prostu można wykopać dół i mieć z tego frajdę a można zapadać się w sobie złorzecząc całemu światu i wykopać dół dla siebie … w tym tygodniu tak zrobiłam … czas pokaże czy nauczyłam się czegoś … w całym tym wariactwie labilność hormonalna miała swój udział … lwi rzekłabym nawet, bo łzy, którymi się zalewałam.. rany Julek zupełnie bez powodu to nie jest normalne … to nie ja … żeby jedna mała przysadka z tą siostrunią tarczycą tak człowiekiem poniewierała to już przechodzi granice jakiejkolwiek przyzwoitości … endokrynolodzy … zróbcie coś :) … kobieta prosi … (wiem są preparaty ale nie to nie to ...) ...
... aktualnie po wczorajszym przerobieniu z nieletnią struktury klas społecznych padam... polemizowanie z czternastoletnią myślą politologiczną zaprowadziło nas do "przygotowania do życia w rodzinie”... na koniec rozprawka "czy kłamstwo popłaca „... tak szczerze przez Juniorkę potraktowana, że do bierzmowania pewnie by nie poszła... jako że Nieletniej wyszło, że popłaca, bo jak powiedziała Xowi, że mu z ust śmierdzi to on się na nią obraził i teczki jej nie nosił a powinien bo mu osiołowi matmę napisała i obiecał „... i co ja jej miałam powiedzieć... pij mleko będziesz duża... kłamliwy slogan tez by mi nie pomógł... poprzednia rozprawka "czy łatwo być nastolatkiem" w interpretacji mojego cudnego pacholęcia kazała mi Sie zastanowić, jakim cudem te biedne nieletnie nieszczęścia w ogóle dają radę wobec nawałnicy druzgoczących wobec nich oczekiwań... chyba poproszę, aby pani od polskiego przestała z tymi rozprawkami, bo mnie wykończą poglądy własnego dziecka...
… jak widać kobiecość i macierzyństwo mnie wykończyć chciały.. nic nie wspomnę o sobie jako żonie, bo pan mąż zniósł to jakoś i tylko nieśmiało zapytał czy to wróci … mamy nadzieje, że nie … szukając ratunku uciekłam do świata wyższej estetyki … zatopiwszy się w inspiracjach wnętrzarskich odnalazłam trochę spokoju i uciechy estetycznej … znalazłam parę rozwiązań i gadżetów niezbędnych do dalszej egzystencji na tym świecie … dobiłam, w Adasiu to, co zostało po tornadzie hormonalnym, gdy z całą odzyskaną energią wtajemniczyłam go w swoje plany … teraz albo podejrzewa mnie o kolosalne ukryte dochody albo obawia się, że pozbawiona zdrowego rozsądku w ślady Szpicbródki czy Kwinty pójść zamierzam i aby zrealizować chciejstwa obrabuje bank … wstyd i niesławę na rodzinę ściągnąwszy …
… wieszaczki … od dnia, w którym zobaczyłam te owalne z cyferkami innych nie chciałam … dopóki nie zobaczyłam … tych owalnych z retro pejzażykiem miast …
… sekretarzyk … skrzyneczka … po romantycznym dla Nieletniej … dla siebie chcę takie … znalazłam w galerii Brocante … pozdrawiam i gratuluje właścicielce tych pięknych wytworków pomysłu i efektu realizacyjnego :) … kapelusze z głów :) … że tak powiem …
… ten ostatni zamierzam postawić na biurku, którego wizualizacja nabrała pełniejszej formy dzięki Rokoko (zapowiada debiut bloga … z góry polecam … swoją drogą to paranoja … jej wizualizacje idą Az z Irlandii a ja mam w domu na wyposażeniu teleinformatyka …) … ściany mają być jak gołąb w białym szarym … a to sterane drewno skrzyneczki ma nawiązywać do zasłon, których nie zmienię, bo je kocham, choć są w szarym brązie i nie przyjmuje, że takiego koloru nie ma :)…
… i dzisiejsza radocha … poduchy … zamówiłam jednym, kliknięciem i przyszły... są wspaniałe... nic dosłownie nic im zarzucić się nie da... idealny len...czy płótno może, ale takie zgrzebne niby, choć w zgrzebności akuratnej takiej ... szare dokładnie tak jak szare być powinny... napis prościutki... dobrze naniesiony... a mięciutkie i milutkie tak, że chyba przed wizytami potencjalnie na nich mających spocząć tyłeczków... będę wymieniać, aby je oszczędzić... przynajmniej dopóki w niemym zachwycie nad nimi tkwić będę...
… oczekuję w swych wnętrzach spokoju … niedbałej elegancji w obłoczku, glamour ale w gadżetach wolę mocniejsze... akcenty... taka surowiznę trochę retro a trochę w klimacie starej fabrycznej Łodzi... ideału, czego nie trudno się domyślić nie znalazłam... szukam … przypomniałam sobie tę Łódź, której już nie ma a w której dawno temu kilku przyjaciół z motyką na słońce się porwało … w „popiołach” wspomnień i na bazie pięknych gmachów powstała idea loftów … znalazłam mieszkanie stworzone nie w starej fabryce, ale w garażu …
... ceglana ściana i ta komoda jak z pracowni szalonego malarza po ataku (w drugim etapie pracy choć nieco bardziej biało wyglądał kiedyś obdzierany z jakiejś czarnej paćki stół owszem miał sie jak bliźniak tego bohomazu tylko go odczyściłam ) ... pień w naturalnym brązie drzewa na szarej podłodze i ten stół jak ze stołówki ganc fabryki ... podoba mi się ale uczciwie siebie pytając nie wiem czy starczyłoby mi na niego odwagi ...
...... ciepłe drewno i literkowe kanapy ... stylowy fotel ... taka mała sztuczka a sprawiła, że stary garaż z surowymi ścianami stał się ciepłym i przytulnym miejscem ... a gość siedzi sobie tam pod strzechą i kiwa nogą kilka epok już chyba tak sobie chodzi i podgląda jak duch nocy wigilijnej bo odziany bardzo stylowo ... w przeciwieństwie do nadętego drewniaka na krześle ...
... zdjęcia pochodzą z Art&Decoration ... w zasadzie każdy szczegół tych pomieszczeń mnie zachwycił ... podziwiam mariaż ciepłych motywów z zimnymi detalami ... ten beton i koronka inaczej to piękne :) ...